czwartek, 4 czerwca 2015

Tydzień z wężami

Węże – podrząd gadów z rzędu łuskonośnych tzn. pokryte są łuskami. Charakteryzują się wydłużonym, beznogim ciałem i szczęką umożliwiającą niezwykle szerokie rozwarcie szczęk, a co za tym idzie połykanie ofiar w całości. Nie posiadają błony bębenkowej i ucha środkowego. Liczba kręgów, które mają (podobnie jak u waranów) dodatkowe powierzchnie stawowe, mogą osiągać liczbę 400.
Węże (jadowite i właściwe) mają tylko jedno (prawe) płuco (dusiciele mają dwa), wydłużoną wątrobęnerki ułożone jedna za drugą. Mają dobrze rozwinięty narząd węchu. Węże są grupą monofiletyczną. Rozmnażają się płciowo.
Do chwili obecnej opisano ponad 3000 gatunków węży. W bazie danych The Reptile Database, 18 stycznia 2009 figurowało 3149 gatunków.
Polsce występuje 5 gatunków:
  • gniewosz plamisty (Coronella austriaca)
  
  • wąż Eskulapa (Elaphe longissima)
  
  • zaskroniec zwyczajny (Natrix natrix)
  
  • zaskroniec rybołów (Natrix tesselata)
   
  • żmija zygzakowata (Vipera berus)
  
Węże są mięsożerne. Połykają ofiary w całości, mimo że często wielokrotnie są one większe od samego węża. Połykanie polega na nasuwaniu się węża na swoją ofiarę. Jest to możliwe dzięki bardzo ruchliwej trzewioczaszce oraz specyficznemu ułożeniu podskórnych naczyń krwionośnych, które tworzą sieć zmieniających kształt rombów.
Wśród węży występują gatunki jadowite. Szacuje się, że stanowią one od 10-25% wszystkich gatunków węży. Różnice w szacunkach pochodzą stąd, że niektóre węże uważa się za tzw. warunkowo jadowite (zęby jadowe położone w tyle szczęki, płytkie ukąszenie nie wprowadza więc jadu). Jad węży wytwarzany jest w specjalnym gruczole jadowym i spływa do ostrych zębów jadowych, którymi zwierzę uśmierca ofiarę.
Dział zoologii zajmujący się wężami to ofiologia.

Występowanie

Istnieje ponad 3000 gatunków węży, rozprzestrzenionych na półkuli północnej aż po koło podbiegunowe w Skandynawii i na półkuli południowej po Australię i Tasmanię. Węże występują na wszystkich zamieszkanych kontynentach, zarówno w morzu, jak i na wysokości 4900 m w Himalajach w Azji. Istnieje wiele wysp, na których węże w ogóle nie występują, takich jak IrlandiaIslandia, czy Nowa Zelandia (chociaż w wodach przybrzeżnych Nowej Zelandii sporadycznie pojawiają się pęz dwubarwny i wiosłogon żmijowaty)

Rodziny

Rodziny węży grupowane są w dwóch infrarzędach: Scolecophidia i Alethinophidia. Niekiedy z rodziny zdradnicowatych wydziela się osobną rodzinę węży morskich (Hydrophiidae), a z rodziny żmijowatych (Viperidae) wydzielana jest rodzina grzechotnikowatych (Crotalidae). Połozowate w tradycyjnym rozumieniu najprawdopodobniej są parafiletyczne, gdyż należą do nich przodkowie zdradnicowatych i żmijowatych, lecz nie same rodziny Elapidae i Viperidae; z tego powodu część autorów proponuje podnieść niektóre podrodziny Colubridae do rangi odrębnych rodzin. Także Tropidophiidae w tradycyjnym rozumieniu mogą być parafiletyczne; niektóre analizy wskazują, że rodzaje Ungaliophis i Exiliboa nie są blisko spokrewnione z rodzajami Tropidophis i Trachyboa, lecz należą do dusicielowatych lub tworzą odrębną rodzinę Ungaliophiidae.
źródło: pl.wikipedia.org

Co noc pokonujesz 16 mln km

Myślisz, że całą noc spędziłeś w tym samym miejscu? Nie! Czy pracujesz, czy śpisz, cały czas ze swoim statkiem kosmicznym Ziemią mkniesz w kierunku konstelacji Lwa. Co 12 minut pokonujesz odległość jak z Ziemi do Księżyca. Co cię czeka w tej podróży?

Prawo powszechnego ciążenia zawiera poważny feler. Jego odkrywca Izaak Newton dobrze zdawał sobie z niego sprawę. Grawitacja jest siłą przyciągającą i wszechobecną, nie można nigdzie od niej uciec ani się przed nią skryć. W efekcie jednak nie da się tak rozmieścić ciał niebieskich - planet i gwiazd - żeby ich układ był stabilny. Zawsze będą ciążyły ku sobie i prędzej czy później pospadają na siebie. Jedynym sposobem na uniknięcie takiej katastrofy jest wprawienie ich w ruch - wieczna ucieczka, kosmiczna podróż bez końca i bez przystanku.

Ta zasada dotyczy wszelkich skupisk materii - gwiazd, układów planetarnych, galaktyk i układów galaktyk. Muszą wirować i krążyć wokół siebie, jeśli nie chcą spaść na siebie i sczepić się w katastrofalnej kolizji. Każde potknięcie, najmniejsza utrata energii oznacza zacieśnianie orbit i coraz bliższy koniec.


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,145452,18033078,Co_noc_pokonujesz_16_mln_km.html#ixzz3c7UI8mk2

Krytycznie zagrożony gatunek ucieka się do fakultatywnego dzieworództwa

Krytycznie zagrożona wyginięciem ryba - piła drobnozębna (Pristis pectinata) - rozmnaża się na wolności na drodze fakultatywnego dzieworództwa.
Choć zjawisko występuje u różnych trzymanych w niewoli kręgowców, w tym ptaków, gadów i rekinów, dotąd nie obserwowano go u żadnego dzikiego taksonu. Autorzy publikacji z pisma Cell Biology wspominają tylko o odkrytych ostatnio samicach mokasyna miedziogłowca i błotnego, które były w ciąży z płodami powstałymi w wyniku dzieworództwa. Nie wiadomo jednak, czy ciąże zostały donoszone, a młode okazały się zdolne do życia.
Specjaliści sądzą, że partenogenezę pił drobnozębych mogła wyzwolić kurczącą się liczebność populacji. Obecnie P. pectinata występuje wyłącznie na południu Florydy.
Między 2004 a 2013 r. naukowcy zbadali, oznakowali i wypuścili w rejonie rzek Caloosahatchee i Peace oraz Ten Thousand Islands 190 osobników o długości całkowitej mieszczącej się w granicach 67,1 cm-3,81 m.
Przeprowadziliśmy rutynowe badanie DNA pił z regionu, by zobaczyć, czy przez małą liczebność populacji krzyżują się ze sobą spokrewnione osobniki. Analiza genotypowa pokazała jednak coś jeszcze bardziej zaskakującego: rozmnażanie bez udziału samców [markery ze znaczną zwykle zmiennością okazały się bowiem homozygotyczne] - opowiada Andrew Fields, doktorant ze Stony Brook University.
Naukowcy z 3 instytucji - Stony Brook University, Florida Fish and Wildlife Conservation Commission i The Field Museum - stwierdzili, że wynikiem dzieworództwa może być ok. 3% pił drobnozębnych z florydzkiego estuarium.
Generalne przekonanie było takie, że dzieworództwo kręgowców [uznawane za wchłonięcie przez niezapłodnione jajo niemal identycznego genetycznie ciałka kierunkowego] to ciekawostka, która zwykle nie prowadzi do narodzin zdolnego do życia potomstwa - podkreśla dr Gregg Poulakis. Tymczasem siedem z badanych przez nas ryb partenogenetycznych odznaczało się idealnym zdrowiem i miało rozmiary typowe dla wieku. Zakładając, że takie piły osiągają dojrzałość i rozmnażają się, oznacza to, że dzieworództwo nie jest reprodukcyjnym ślepym zaułkiem.
Teraz biolodzy zachęcają naukowców, którzy prowadzą podobne badania na innych zwierzętach, by zajrzeli do swoich baz danych DNA i poszukali ukrytych osobników partenogenetycznych z dzikich populacji. To mogłoby zweryfikować podręczniki biologii. Okazjonalna partenogeneza może być bardziej rutynowa niż wcześniej sądzono - uważa dr Kevin Feldheim.
Niewykluczone, że partenogeneza włącza się u dzikich kręgowców, gdy populacja jest tak mała, że osobniki mają problem z odnalezieniem się [w sezonie rozrodczym] - podsumowuje Fields.

Szympansy rozumieją koncepcję gotowania


Szympansy dzielą z ludźmi zdolności poznawcze konieczne do opanowania sztuki gotowania. Oznacza to, że nasz wspólny przodek przekazał je zarówno małpom, jak i ludziom.
Zastanawiając się, kiedy ludzie nauczyli się gotować, dr Alexandra Rosati z Uniwersytetu Yale i prof. Felix Warneken z Uniwersytetu Hardvarda odwołali się do naszego najbliższego krewnego od czasu, kiedy wspólny przodek dał początek dwóm liniom ewolucyjnym ok. 13 mln lat temu.
Na łamach pisma Proceedings B of the Royal Society Amerykanie opisali serię 9 eksperymentów. Wszystkie przeprowadzono na 12 urodzonych na wolności szympansach, które trafiły do rezerwatu Tchimpounga w Kongu.
Na początku biolodzy umieścili w gorącym garnku plasterek batata. Później dawali szympansom do wyboru ugotowany kawałek oraz surowy plaster. Okazało się, że w większości przypadków małpy wolały ugotowane jedzenie.
W dalszej kolejności prymatolodzy chcieli sprawdzić, czy zwierzęta rozumieją, na jakiej zasadzie zachodzi transformacja pokarmu. Posłużyli się więc symulatorem urządzenia do gotowania - plastikowym pojemnikiem z fałszywym dnem, pod którym znajdował się kawałek ugotowanego ziemniaka. Wkładano do niego kawałek surowego batata, przykrywano i na oczach szympansów wstrząsano. Potem ze skrytki wyjmowano ugotowane jedzenie. Rosati i Warneken mieli też łatwe do odróżnienia pojemniki, które po wstrząśnięciu nie zapewniały gotowanych ziemniaków. Gdy po demonstracji szympansy mogły wybrać między dwoma rodzajami pojemników, częściej wybierały urządzenie do gotowania.
W kolejnym eksperymencie w jednym z końców wybiegu szympansom oferowano kawałek surowego batata. Małpy mogły zacząć od razu jeść lub przejść ok. 4 m na drugi z końców, aby "ugotować" ziemniaka w jednym z urządzeń. Kiedy jeden z szympansów zrobił to po raz pierwszy, byłam zdumiona. W ogóle tego nie przewidziałam. Po tym przypadku myśleliśmy, że mamy do czynienia z małpim geniuszem, jednak potem podobnie postąpiła circa połowa badanych zwierząt.
Kiedy Amerykanie dali szympansom surową marchewkę, to choć procesu "gotowania" nie pokazywano im na tym warzywie, próbowały je umieszczać w specjalnym urządzeniu. Gdy małpom przekazywano surowego batata i drewienko, w pojemniku umieszczały tylko jedzenie.
Mimo że szympansy nie opanowały ognia, nie dzielą się pokarmem, a ich dieta różni się od naszej, dysponują podstawowym repertuarem poznawczym potrzebnym do gotowania.
Dowody, że źródłem tych zdolności jest wspólny przodek, mogą pomóc w ustaleniu, kiedy ludzie opanowali ogień. Dominująca teoria głosi, że hominidy najpierw wykorzystywały ogień do obrony i ogrzewania, a dopiero później do gotowania, Rosati i Warneken sądzą jednak, że gotowanie mogło stanowić zachętę, a nie konsekwencję opanowania ognia. Dowody z naszych badań poznawczych sugerują, że nawet przed opanowaniem ognia hominidy rozumiały związane z nim korzyści [...] - podsumowuje Rosati.
 Źródło: ABC News

Gronkowce mogą wywoływać cukrzycę typu 2.

estherase, licencja CC
Nowe studium naukowców z Uniwersytetu Iowy sugeruje, że bakterie mogą wywoływać cukrzycę typu 2.
Zespół prof. Patricka Schlieverta odkrył, że przedłużone wystawienie na oddziaływanie toksyny wytwarzanej przez gronkowca złocistego (Staphylococcus aureus) powoduje, że u królików rozwijają się objawy cukrzycy typu 2., w tym insulinooporność, nietolerancja glukozy i układowe zapalenie.
Zasadniczo za pomocą chronicznej ekspozycji na superantygen [enterotoksynę] gronkowca odtworzyliśmy u królików cukrzycę typu 2.
Warto przypomnieć, że otyłość, znany czynnik ryzyka cukrzycy typu 2., zmienia mikrobiom. Odkryliśmy, że tyjąc, ludzie stają się coraz bardziej podatni na kolonizację gronkowcami [...], zaś osoby skolonizowane gronkowcami są przewlekle wystawione na oddziaływanie superantygenów.
W ramach wcześniejszych studiów Schlievert zademonstrował, że superantygeny gronkowców zaburzają działanie układu odpornościowego i odpowiadają za zespół wstrząsu toksycznego, sepsę czy zapalenie wsierdzia.
Najnowsze badanie, którego wyniki ukazały się w piśmie mBio, demonstruje, że wywołując stan zapalny, superantygeny oddziałują na komórki tłuszczowe i układ odpornościowy, zaś stan zapalny prowadzi do insulinooporności oraz innych objawów typowych dla cukrzycy typu 2.
Zbadawszy skórę 4 pacjentów z cukrzycą, Amerykanie oszacowali, że ekspozycja u mocno skolonizowanych osób jest proporcjonalna do dawek superantygenów, jakie wywołały cukrzycę u królików.
Wyniki uzyskane przez zespół sugerują antycukrzycowy potencjał terapii wymierzonych w eliminowanie gronkowców lub neutralizowanie ich enterotoksyn. Obecnie trwają testy żelu z zabijającym gronkowce monolaurynianem glicerolu. Ekipa chce sprawdzić, czy doprowadzi to do obniżenia poziomu glukozy u osób ze stanem przedcukrzycowym.
 Źródło: University of Iowa Health Care

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Soczewki zmieniają mikrobiom oka

Soczewki kontaktowe zmieniają mikrobiom, co może wyjaśniać częstsze infekcje rogówki i spojówek u ich użytkowników.
Naukowcy z Centrum Medycznego NYU Langone zaobserwowali, że mikrobiom oka ludzi, którzy codziennie używają soczewek, bardziej przypomina florę występującą na skórze powieki niż w oczach osób nieużywających soczewek.
Amerykanie ustalili, że u 9 badanych użytkowników soczewek różnorodność bakterii na spojówce była większa niż na skórze bezpośrednio pod okiem. Występowało też na niej 3-krotnie więcej bakterii z rodzajów Methylobacterium, Lactobacillus, Acinetobacter i Pseudomonas niż u 11 kobiet i mężczyzn nienoszących soczewek.
Gdy dane przedstawiono w postaci wykresu, okazało się, że skład mikrobiomu oka użytkowników soczewek bardziej przypominał mikroflorę ich skóry niż oka osób nienoszących soczewek.
Nasze badanie jasno pokazuje, że wkładanie ciała obcego, takiego jak soczewka, do oka nie jest neutralnym aktem. Mamy nadzieję, że przyszłe studia pokażą, czy zmiany w mikrobiomie oka użytkowników soczewek są skutkiem dotykania palcami, czy raczej wpływu ciśnienia wywieranego przez soczewkę na układ odpornościowy w oku, co decyduje o tym, jakie bakterie zostaną wytłumione, a jakie będą się mieć dobrze - podkreśla dr Maria Gloria Dominguez-Bello.
Od wprowadzenia miękkich soczewek kontaktowych w latach 70. XX w. odnotowano wzrost częstości występowania owrzodzenia rogówki. Odpowiedzialne za to organizmy należą do rodzaju Pseudomonas. Nasze badanie pokazuje, że skoro bakterie wydają się pochodzić ze skóry, większą uwagę powinno się poświęcić powiekom i higienie rąk [...] - dodaje prof. Jack Dodick.
W ramach studium naukowcy pobrali liczne wymazy z różnych części oka, w tym spojówki, a także ze skóry tuż pod okiem. Zarówno wymazy, jak i soczewki poddano testom genetycznym.
Na spojówce użytkowników soczewek znaleziono 5.245 unikatowych szczepów i podtypów bakterii, a u osób nieużywających soczewek 5.592 szczepy. Na skórze tych pierwszych zidentyfikowano 2.133 szczepy i podtypy bakterii, a u tych drugich 3.849 szczepów.
Co zaskakujące, to na spojówce ludzi nienoszących soczewek odkryto więcej gronkowców (Staphylococcus), które powodują infekcje oka i są bardziej rozpowszechnione na skórze. Na razie naukowcy nie potrafią wyjaśnić tego zjawiska.
 Źródło: Science Daily

niedziela, 31 maja 2015

Dwie olbrzymie czarne dziury zderzą się za 21 lat. Wzbudzą fale grawitacyjne, które rozkołyszą Wszechświat

Zderzenie supermasywnych czarnych dziurPo raz pierwszy będziemy świadkami takiego kataklizmu. Na szczęście możemy mu się bez obaw przyglądać, bo mamy bezpieczną miejscówkę. Od zderzających się dziur dzieli nas ponad 10 mld lat świetlnych.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce... spotkały się dwie supermasywne czarne dziury. Każda z nich wcześniej pochłonęła materię, która dorównywała masie wielu miliardów słońc. A ponieważ na dwie tak duże dziury nie ma miejsca w jednej galaktyce, musiało dojść do burzliwego spotkania...

Tak mogłaby się zaczynać ta historia, choć na dobrą sprawę dużo w niej zagadek i nie do końca jesteśmy pewni, w jaki sposób obie czarne dziury znalazły się naprzeciwko siebie.

Para tych wielkich dziur - łącznie ważą od 3 do nawet 30 mld słońc - została znaleziona w kwazarze, który dotąd odznaczał się tylko wyjątkowo paskudnym oznaczeniem PSO J334.2028+01.4075.

Kwazary - jak obecnie przypuszczają astronomowie - to młode galaktyki, w których centrum siedzi wielka czarna dziura otoczona bardzo gorącym wirem materii. Wpadający do ciemnej czeluści gaz rozgrzewa się i promieniuje we wszystkich zakresach fal elektromagnetycznych - od fal radiowych, przez światło widzialne, po promienie rentgenowskie i gamma. Wirująca materia swym blaskiem przyćmiewa światło wszystkich gwiazd w galaktyce.

Kwazar jest zazwyczaj napędzany przez jedną supermasywną czarną dziurę, która zjada materię i systematycznie rośnie. Skąd w PSO J334.2028+01.4075 wzięły się dwie takie dziury? Prawdopodobnie pochodzą z dwóch różnych galaktyk, które połączyły się w jedną większą, co było bardzo częste we wczesnym Wszechświecie.

Dwie dziury, które zbliżyły się i ciasno krążą wokół siebie, konkurują o materię i wzajemnie sobie przeszkadzają, wywołując okresowe zakłócenia i zmiany jasności w otaczających je wirach.

To właśnie zwróciło uwagę doktorantki Tingting Liu z Uniwersytetu Maryland, która wraz z kolegami analizowała światło z 316 kwazarów obserwowanych w ramach przeglądu nieba za pomocą teleskopu Pan-STARRS1 na szczycie Mount Haleakala na Hawajach.

Naukowcy odkryli, że promieniowanie jednego ze śledzonych kwazarów - właśnie PSO J334.2028+01.4075 - zmienia się w cyklu 18-miesięcznym. I choć wciąż możliwe są także inne wyjaśnienia, naukowcy twierdzą, że najbardziej przekonującym wytłumaczeniem zmian jasności kwazara jest wzajemny taniec czarnych dziur. Ich samych niestety bezpośrednio zaobserwować się nie da. Żaden teleskop nie jest w stanie dostrzec tego, co się dzieje w kwazarze, który znajduje się 10,4 mld lat świetlnych od Ziemi. Zwłaszcza że dziury już prawie się stykają.

- Jeśli się nie mylimy, to te czarne dziury są już tak blisko siebie, że praktycznie zaczął się proces ich łączenia - twierdzi prof. Suvi Gezari, szef Tingting Liu i współautor pracy o tym odkryciu, która ukazała się w "The Astrophysical Journal Letters". Tej katastrofy nic już nie powstrzyma, bo krążące wokół siebie dziury tworzą gigantyczną antenę grawitacyjną, która emituje fale grawitacyjne. Tracą więc energię, co powoduje, że ich orbity się coraz szybciej zacieśniają.

Z wyliczeń badaczy wynika, że dziury spiralnie spadają na siebie i do ich połączenia dojdzie za siedem lat. Ale z naszego punktu widzenia będzie to trwało trzy razy dłużej, bo olbrzymia grawitacja spowalnia upływ czasu. W ziemskim układzie odniesienia dziury zderzą się więc za około 21 lat.

W skali kosmicznej to i tak jest jak mgnienie oka. Daje to astronomom wyjątkową okazję, żeby się przygotować i spróbować potwierdzić (bądź obalić) wiedzę na temat takich kolizji.

Niedawno Stuart Shapiro z Uniwersytetu Illinois w Urbana-Champaign przedstawił pierwszą symulację 3D połączenia czarnych dziur, która wykorzystuje pełne (bez uproszczeń) równania teorii grawitacji Einsteina.

Jak może wyglądać takie zderzenie czarnych dziur?

W trakcie takiej kolizji, jak się spodziewamy, dochodzi do wyzwolenia gigantycznej energii przewyższającej eksplozję milionów supernowych. W ostatniej fazie już połączone dziury przypominają olbrzymią bańkę mydlaną, której powierzchnia faluje, by ostatecznie przyjąć kształt idealnej sfery lub elipsoidy (dla wirującej dziury).

W czasie tej końcowej korekty kształtu dziura znowu wypromieniowuje potężną paczkę fal grawitacyjnych, które "marszczą przestrzeń" i rozchodzą się z miejsca zderzenia podobnie jak fale na stawie po wrzuceniu do wody kamienia.

Czy te fale grawitacyjne dotrą do Ziemi?

Z pewnością, bo takich fal praktycznie nic nie jest w stanie zatrzymać.

Zwróćmy uwagę na to, że kwazar oraz czarne dziury dzieli od nas 10,4 mld lat świetlnych. To oznacza, że światło pokonuje tę odległość przez 10,4 mld lat. Wszystko to, co dziś widzimy w teleskopach, zdarzyło się tak naprawdę miliardy lat temu, tyle że dopiero teraz świetlny posłaniec z wiadomością do nas dociera.

Jeśli naukowcy się nie mylą w swej prognozie, to te czarne dziury się połączyły i fale grawitacyjne już do nas mkną. Także z prędkością światła, jak wynika z teorii Einsteina. Za 21 lat dotrze więc do nas błysk katastrofy, a przestrzeń wokół zafaluje.

Czy to nam czymś zagraża?

Bez obawy. Po przemierzeniu tak wielkiej odległości - blisko 2/3 całego widzialnego Wszechświata - fala grawitacyjna straci swój impet. Jej amplituda maleje, bo fala rozchodzi się sferycznie w każdym kierunku i jej energia rozkłada się na coraz większą powierzchnię sfery. Kiedy dotrze do Ziemi, będzie już mocno osłabiona.

Prawdopodobnie nawet obecne detektory fal grawitacyjnych nie dadzą rady jej wykryć. Detektor Virgo koło Pizy, a także amerykańskie Ligo, położone w Hanford i Livingston, to tzw. obserwatoria interferometryczne, których zadaniem jest właśnie pomiar amplitudy fali grawitacyjnej. Jeśli ich czułość nie zostanie poprawiona, to raczej nie mają szans zarejestrować tegowydarzenia.

Gdyby supermasywne dziury połączyły się znacznie bliżej, sytuacja byłaby już niewesoła. Przejście fali o dużej amplitudzie oznaczałoby silne zmiany lokalnego ciążenia, mogłyby zakłócić ruch orbitalny planet wokół Słońca, Księżyca i sztucznych satelitów wokół Ziemi. Ale wtedy równie mocno powinniśmy się bać skutków silnego rozbłysku promieniowania gamma, który by nastąpił po zderzeniu się wirów materii otaczających czarne dziury niczym rozpalone tornada.

Szansa dla astrofizyków

Kolizja dziur w kwazarze PSO J334.2028+01.4075 na pewno nas nie skrzywdzi, ale może być wspaniałym poligonem doświadczalnym dla astrofizyków.

Warto przypomnieć, że dotychczas nie mamy bezpośredniego dowodu na istnienie fal grawitacyjnych. Takie fale przewiduje teoria Einsteina, która się już wielokrotnie sprawdziła, lecz akurat w tym względzie może się mylić. Naukowcy znaleźli do tej pory tylko mocne poszlaki. W 1974 r. Russell Hulse i Joseph Taylor odkryli pulsar (wirująca gwiazda neutronowa), który zatacza ciasne koła wokół innej gwiazdy. Z teorii Einsteina wynikało, że taki układ powinien wysyłać fale grawitacyjne i powoli tracić energię (choć w nieco wolniejszym tempie niż okrążające się czarne dziury). I rzeczywiście, okazało się, że orbita pulsara zacieśnia się tak, jak to przewiduje teoria względności. Badacze dostali za to Nobla.

Nikomu jednak do tej pory nie udało się wykryć samej fali grawitacyjnej, choć w całym Wszechświecie zdarza się bardzo wiele kataklizmów tego typu, jaki ma nastąpić za 21 lat w kwazarze PSO J334.2028+01.4075. To okazja, żeby przetestować różne metody i technologie wykrywania tych fal.
Źródło: wyborcza

Popularne posty